odcinek #67 - Kuźnik & Strzelczyk

Jak się kształci kaznodziejów?

W tym odcinku rozmawiamy z ks. Bartłomiejem Kuźnikiem, homiletą i pracownikiem Wydziału Teologicznego Uniwersytetu Śląskiego, o przygotowaniu kaznodziejów i języku kaznodziejstwa. Zastanawiamy się, na ile dobrego głoszenia można się nauczyć, a na ile zależy ono od talentu, wrażliwości językowej i uważnego obserwowania życia. Pytamy też, jak przekładać teologiczne pojęcia i biblijne obrazy na język ludzi żyjących w świecie coraz bardziej zróżnicowanych doświadczeń i kodów kulturowych.  

 Rozmawiamy o idiolekcie, rejestrach języka, metaforach, zdrobnieniach i etymologiach, ale także o głosie, intonacji, modulacji, gestach i wystąpieniach publicznych. Od „bąbelków”, „wiejadła” i „polistowia” przechodzimy do pytań o autentyczność kaznodziei, przygotowanie homilii, rolę modlitwy i możliwość wielokrotnego głoszenia tego samego tekstu bez popadania w rutynę. Na końcu próbujemy zebrać kilka najprostszych zasad, które pomagają mówić tak, żeby słowo miało szansę rzeczywiście dotrzeć do słuchacza. 
  
Poniżej zamieszczamy transkrypcję podkastu.

[Strzelczyk]
Szczęść Boże, witam Państwa w kolejnym odcinku z cyklu Teologia z Katowic. Dzisiaj spotykamy się z nowym gościem.
Pierwszy raz w naszym podcaście ks. Bartłomiej Kuźnik, pracownik Wydziału Teologicznego Uniwersytetu Śląskiego i reprezentant tzw. teologii praktycznej.
To może zacznij od tego, tzn. wyjaśnij, co robisz w teologii i zawodowo jako teolog praktyk.
[Kuźnik]
Serdecznie dziękuję za zaproszenie, Grzesiu. Do tej zacnej audycji, do tego zacnego projektu pierwszy raz widzę go z tej strony. Cieszę się zawsze, kiedy mogę go promować w naszych mediach.
A teologia praktyczna to, wymieniając po kolei: katechetyka, liturgika, homiletyka, teologia pastoralna. Ja najbardziej jestem w homiletyce, z tego się doktoryzowałem. Jest to doktorat o kaznodziejstwie księdza Henryka Bisty, bardzo ciekawej osoby naszej archidiecezji katowickiej.
Oprócz tego też prowadzę przedmiot emisja głosu i myślę, że bardzo lubię ten przedmiot. Emisja głosu z elementami retoryki wystąpień publicznych.
[Strzelczyk]
Czyli upraszczając, ty odpowiadasz za to, jakie kazania słyszą ludzie w archidiecezji katowickiej, tak?
[Kuźnik]
Chciałbym, choć trochę. Oby tak. Myślę, że zawsze to pokornie prowadzę, też jako praktyk, jako kaznodzieja, ale bez żadnego nosa zadartego do góry.
Sam świadom swoich błędów językowych. Ale zawsze cieszy. Cieszy najbardziej to, kiedy po latach czy gdzieś wcześniej ktoś z kaznodziejów czy ze studentów coś prześle związanego z językiem, za coś podziękuje, zacytuje może.
Zawsze to jest fajne.
[Strzelczyk]
Wiesz, bo mnie jako teologa zawsze fascynuje ten moment przejścia, to znaczy z wysokiej teologii do tego, co słychać na ambonie. Nie ukrywam, sam jestem słuchaczem często homilii, w związku z tym czasami mi ciarki chodzą po plecach pod tytułem: co tu się wydarzyło w ogóle, jeżeli chodzi o takie przełożenie tej wysokiej teologii na opowieść skierowaną bezpośrednio do ludzi. Czasem jestem dumny, a czasami jest tak średnio.
Natomiast to, co mnie zawsze trafiło, to pytanie takie, na ile to jest wyuczalne? To jest kwestia talentu, czyli takiej naturalnej zdolności do przekładania z tych abstrakcyjnych pojęć teologicznych na pewną praktykę, na ile to się da wyuczyć?
[Kuźnik]
Ja myślę, że to jest gdzieś pośrodku. Na pewno wpływ ma choćby nauczyciel języka polskiego, to, na ile się czyta, co się czyta, też rodzina, która tworzy klimat, w którym się rodzi jakiś dany idiolekt, czyli język właściwy danej osobie. Ale też jestem świadkiem niesamowitego rozwoju studentów cichutkich, którzy rodzili pewne obawy, czy sobie poradzą, a potem widzę ich na podcastach, w akcji duszpasterskiej, na ambonie i świetnie, w ogóle w szoku jestem.
Także tutaj i Duch Święty działa, ale też na pewno praca rąk własnych, no i to, co mówisz, nasłuchiwanie świata, nasłuchiwanie języka, to jest coś, co mnie ostatnio fascynuje, dlatego nigdy chodnikami nie chodzę ze słuchawkami w uszach, bo lubię posłuchać, nawet jeśli to jest jakiś strzęp rozmowy, to ona mi podpowiada, co się dzieje w życiu, w życiu ludzi i potem, zbierając sobie takie smaczki, czasem mówię o nich na ambonie, wiążąc życie duchowe z życiem tym naszym tutaj. Papież Franciszek to fajnie powiedział w Evangelii gaudium, żeby się chętnie, z radością przyglądać życiu ludzi i to mi bardzo pasuje.
Ostatnio w Katowicach stoję na czerwonym, chcę przejść przez wąską ulicę, naprzeciwko mnie stoją dwie panie, jedna w ręku trzyma kręconego loda i kiedy się mijamy na środku, to słyszę to jej zdanie, które już ze mną zostało: „Od rana za mną chodził ten świderek waniliowy”. Żeśmy się rozeszli, a świderek został.
[Strzelczyk]
To się kiedyś nazywało lody włoskie, za moich czasów, twoich chyba też. Wiesz co, bo to, co mówisz, to jest chyba sięganie do korzeni w ogóle nauczania chrześcijańskiego i do Jezusa, który opowiada przypowieści, no bo to jest taki rodzaj zakorzenienia w codzienności, który jest w ogóle fundamentalny. Tylko że, wiesz, kłopot myślę jest jeden, że jak przygotowujemy księży zwłaszcza do kaznodziejstwa, to ich trochę wyciągamy z normalnego kontekstu.
Funkcjonowanie w seminarium oznacza jednak wyjęcie z kontekstu zwykłego życia, nawet studenckiego. Tu już jeszcze, wiesz, u nas to jest pół biedy, bo to jest normalny uniwersytet, w związku z tym oni są studentami, chodzą na zajęcia, natomiast tam, gdzie jest seminarium ze studium domesticum, czyli ze studiowaniem wewnątrz w seminarium, to właściwie jest trochę problem taki, że na parę lat jest się mniej w tym kontekście. Czy to potem nie jest trudność?
[Kuźnik]
Właściwie ta praca nad kaznodziejstwem przyszłych księży czy nad byciem katechetą przyszłych katechetów, ona się zaczyna już na tej emisji głosu. Ja tam dużo miejsca poświęcam na takie otwarcie w studentach, w studentkach takiej przestrzeni językowej. Muszę się nad tym dużo namęczyć, to wprowadzenie trwa długo, czasem mi gardło chrypnie, ale przychodzi taki moment, kiedy jest, kiedy oni podają swoje na przykład ulubione słowa, kiedy zadają pytania o coś językowego, kiedy się uśmiechają, bo rzeczywiście jakieś słowo pamiętali czy wyrażenie ze wszystkich przestrzeni życia, i religijnej, i niereligijnej.
A już w ogóle nagroda jest taka, kiedy po tych zajęciach z retoryki, z emisji głosu dostajesz zdjęcie studenta, studentki pod na przykład znakiem Czchów. Jest selfie z Czchowa, nawiązujące do tego słynnego łamańca: „Rotmistrz z Tczewa, poczmistrz z Czchowa”. No to jest fajne.
Okropne rzeczy robicie studentom.
[Strzelczyk]
Słuchaj, ale to, co mówisz, to mi zaraz zapala taką lampkę, że na początku jest budowanie świadomości językowej. Znaczy świadomości tego, że używam języka i używam go jakoś. Tak.
Powiedz, jak to robisz w praktyce, bo dla mnie to jest bardzo ciekawe.
[Kuźnik]
Jest to pytanie, jest taki kwestionariusz, na podstawie którego się sobie przedstawiamy. Tam jest pytanie o zainteresowania, o znajomość języków, czy gwara też. I jednym z ostatnich pytań jest właśnie to: twoje ulubione słowo.
Ono budzi problemy. Mówię, zdaję sobie z tego sprawę, bo pytał was w ogóle kiedyś o coś takiego: ulubione słowo. Podpowiadam: bo ładnie brzmi, bo lubicie to, co ono oznacza na przykład.
I to się powoli otwiera. I nagle potem już w tych odpowiedziach dostajesz taki prezent. Proszę, a pan?
No moje ulubione słowo to bąbelki. Mówię: bąbelki, no tak, ładnie brzmi. A on mówi: też, ale wie ksiądz, dlatego je lubię, że tego słowa się nie da powiedzieć w złości.
[Strzelczyk]
I to jest ten moment świadomości językowej, która przechodzi już w taki głęboki, egzystencjalny wymiar.
[Kuźnik]
Niech ksiądz powie do kogoś zdenerwowanego, kto księdzu przychodzi do kancelarii: proszę spokojnie, proszę powiedzieć „bąbelki”, jeśli jest naprawdę zdenerwowany. Czy to jest u mechanika klient, czy w piekarni, nie powie „bąbelki”. I tak to fajnie rozwinął.
To oczywiście było trochę na wesoło, ale to pytanie o ulubione słowo dało też takie prezenty, jak słowo dom, miłość. I nagle oni czują na tych zajęciach, że to nie jest na 45 minut ten temat, tylko że ja go ciągnę. I zaczyna się otwierać ta przestrzeń językowa w nich, potem przechodzimy do ćwiczeń artykulacyjnych, ale cały czas podkreślam, przypominam im, że mam świadomość o dwóch rejestrach językowych, niskim i wysokim, tak zwanym.
Czyli tym oficjalnym, wysokim, szlachetnym, oficjalnym języku, rejestr wysoki, mowa oficjalna, czy rejestr niski, wolę mówić: mowa potoczna. I każda z tych mów, każdy z tych rejestrów ma swoje prawa. I wtedy oni, studenci, studentki, czują się tacy spokojniejsi, że ja ich tu teraz nie będę łowił na jakichś błędach, tylko jeśli mówimy potocznie ze sobą, to przecież podasz mu jabłko, tak?
Ale jeśli już aktor jest na scenie, to powie jabłko. I też nie jabłko, tylko jabłko, delikatnie. To ich potem proszę w czytaniu tekstu, można przeczytać: Jezus rzekł, przyszedł, poszedł i usiadł.
No to my się tam staramy. Oni łapią, to chwytają, zaczyna to być dla nich ciekawe. Cieszę się z tego.
Też się śmiejemy, bo sam im mówię, sam robię błędy językowe. W ogóle pojawiają się w życiu takie sytuacje językowe, które totalnie zaskakują człowieka. Coś takiego mi się przydarzyło raz w czasie homilii.
Na przykład? Tak, jestem w jednej z parafii, pełny kościół ministrantów, ich rodziców i dziadków, za plecami arcybiskup, który mnie prosił o to słowo. No i miałem punkciki, nie miałem tekstu słowo w słowo.
I takie zdanie nagle, niczego jeszcze nie przeczuwam, i mówię: drodzy ministranci, to jest wielka radość dla nas wszystkich. Na pewno tak wasze mamy, jak i wasi ojcowie... Tak z tego wyszedłem, chciałem powiedzieć „tata” w liczbie mnogiej. Mówię, jedyne, co mi wskoczyło, to „taci”, ale przecież nie.
To trwało mikrosekundy, ale uratowali mnie ojcowie. No i mówię: ach, ta polszczyzna, ty polszczyzno, ty. No i wracam do domu, słownik poprawnej polszczyzny: tata, tatowie.
Mogłem powiedzieć tatowie, ale na tyle rzadko taki wariant nam wskakuje, że robimy groźne rzeczy.
[Strzelczyk]
No tak, no bo wiesz, to tylko sukces ma wielu ojców, nie? Tak. Przez to chyba nie używamy tego określenia.
Zwłaszcza że, wiesz, do ojców to możemy powiedzieć, że ma się wielu, nie? Natomiast jak wchodzimy w ten rejestr emocjonalny, powiedziałem mama, tak, nie powiedziałem matki, nie? To już jest gorzej, zdaje się.
I język takie rzeczy przenosi i to chyba jeden z elementów wrażliwości językowej czy tej świadomości językowej, no to jest właśnie rozpoznanie tego. Znaczy świadomość, jak bardzo nieraz te wszystkie niuanse emocjonalne naszego przeżywania rzeczywistości odbijają się w języku, a z drugiej strony, jak język potrafi kształtować przeżycie, nie? Bo to potem, ja to tak przeżywam przynajmniej, jak głoszę, no my opowiadamy o Bogu, który jest misterium, czyli tak naprawdę jest niewyjaśnialny, ale jakoś się ujawnił w Chrystusie i my teraz próbujemy, wychodząc od tego ujawnienia, opowiedzieć kolejnym ludziom, kolejnym pokoleniom tę samą opowieść.
Znaczy my właściwie cały czas gadamy to samo na dobrą sprawę, nie? Ale za każdym razem ten zestaw tych ludzi jest w innym miejscu, ja jestem w innym miejscu. W innym miejscu językowo, świadomościowo i tak dalej, i tak dalej.
Mnie bardzo dużo dało osobiście to, że w pewnym momencie wylądowałem w rzeczywistości innego języka. Po tym jak wyjechałem do Szwajcarii, musiałem się odnaleźć w duszpasterstwie zupełnie bez Polaków, w języku, który ledwo co zacząłem łapać i nagle się okazało, że nie ma niektórych słów, to znaczy na niektóre pojęcia, które w Polsce po prostu mają słowa, we włoskim nie ma. Albo są słowa i pojęcia, których w polszczyźnie ja nigdy nie wiedziałem, że to można, wiesz, wyodrębnić.
Dla mnie to był szok taki, wiesz, też poznawczy pod tytułem: ojej. Czyli język do języka to nie jest jeden do jeden. I wtedy mi się, wiesz, wtedy mi się śląski wyświetlił, bo to jest wątek, który u nas jest moim zdaniem niezwykle ciekawy, to znaczy nie wiem, na ile to wychodzi, wiesz, w zajęciach, ale ja sobie, ucząc się, wiesz, włoskiego i bycia wewnątrz tego języka, sobie uświadomiłem, że ja nie jestem z polskiego.
I to dla mnie to było jedno z ważniejszych odkryć w życiu, że tak naprawdę większość moich pojęć nie jest ukształtowana przez polszczyznę bazową, tylko przez śląski.
[Kuźnik]
Też to świetnie wykorzystujesz w swoich felietonach, nie?
[Strzelczyk]
Nie wiem, czy świetnie, ale próbuję.
[Kuźnik]
Jest to dla mnie komunikatywne, też jako człowieka, który operuje śląskim w domu, nawet nie wiem, kiedy przechodzę na język śląski z mamą, z braćmi.
To się dzieje naturalnie.
[Strzelczyk]
Wiesz, bo tu jednak ten Ponboczek, który jest zawsze zdrobniony, i ta Najświętsza Panienka, która jest zawsze zdrobniona. Wiesz, to teologicznie jest jakiś w ogóle absolutny kosmos. I teraz każdy język, każda nisza kulturowa ma te swoje niuanse.
Dla mnie to było niesamowite, bo to mi też wyjaśniło, że my cały czas od nowa opowiadamy tę samą historię, ale opowiadamy ją trochę inaczej.
[Kuźnik]
Bo u nas się też zmienia. Ja na przykład długie lata nie zwracałem uwagi na rolę, na świetną funkcję zdrobnień, o których przed chwilą właśnie wspomniałeś. Zdrobnienia, które z jednej strony ocieplają narrację, więc dorosłem do tych zdrobnień jakby i nagle je widzę w Biblii na przykład.
Dzieciątko. Tu jest też świetna rola tłumaczy, ważna rola tłumaczy, którzy nam podają w języku polskim. Ulubionym moim zdrobnieniem to jest z Jakuba Wujka, z Biblii.
Czytam sobie, bo chciałem przeczytać w czasie Wieczerzy Wigilijnej fragment w jego tłumaczeniu z Wulgaty. I nagle takie zdanie. No idźcie i znajdziecie niemówiątko złożone w żłobie.
Niemówiątko. No coś pięknego. My to niemowlę tutaj, że „nie mówi”, już mamy dość zatarte, a tu jest niemówiątko, jeszcze jak zawiniątko, to urocze.
No ale w Biblii mamy też takie zdrobnienia w kontekście bałwochwalczym, na przykład brząkadełkami coś tam chodzicie, zasłoneczkami. Niemniej jest, tak jak mówisz, ja akurat z francuskim to zderzyłem, w którym tam się czuję jakoś, to oni często przy zdrobnieniach używają „mała dziewczynka”. My mamy córeczka na przykład.
To jest bogactwo polszczyzny niesamowite. Córeczka, oślątko, źrebiątko, lwiątka też są u Izajasza, zdaje się. Ładne to jest.
[Strzelczyk]
Wiesz co, trochę poważniejszy temat chciałbym pociągnąć, ale on się mocno wiąże z tą świadomością językową, no bo te obrazy, które mamy w Piśmie Świętym i którymi posługuje się Jezus, one są mocno związane z kulturą, w której on żył. Tak mocno, że aż nie pasują do kultury, w której my żyjemy. No bo jednak doświadczenie siania, pasienia itd. dla większości ludzi żyjących w miastach to już jest coś kompletnie poza horyzontem zdarzeń. No i teraz pojawia się, wiesz, moim zdaniem istotna trudność i to właśnie ona chyba musi się skonsumować na tym poziomie kaznodziejskim przekładania tych rzeczywistości na język. Uczycie tego i jak, bo to jest, wiesz, dla mnie... Ja się przyznaję, ja nie miałem homiletyki w ogóle w całej swojej formacji. Ja mam dużo braków w formacji, homiletyka to jest jeden z tych braków.
Więc mnie tego... ja się tego nauczyłem na oazie tak naprawdę przed pójściem do seminarium w dużej mierze i to bardziej z praktyki i z obserwowania paru świetnych księży, których miałem w otoczeniu. Ale jak tego się uczy?
[Kuźnik]
Wrócę do tej obserwacji życia. Do tego zachęcam studentów, przyszłych księży też, żeby sobie z tej obserwacji życia wyciągali jakieś wnioski, notowali to sobie w jakiejś takiej spiżarni, w jakimś folderze. Segregowali potem, kojarzyli i to potem wskakuje samo.
Masz przypowieść daną i sobie to przekładasz. Na przykład dobrym, sprawnym przełożeniem są współczesne przepisy ruchu drogowego. Cała ta sfera prowadzenia samochodu, znaki, że jednak są znaki zakazów po coś.
Do ludzi to trafia, do ludzi to przemawia. Nie wszystko mi wolno i to już jest ten pomost, który mogę zrobić. Kodeks ruchu drogowego tak jak przykazania Biblii.
On musi być, żebyśmy się nie pozabijali. Czy inne przełożenie na cały świat medyczny. To też fajnie funkcjonuje.
Myślę, że takim mistrzem, często go cytuję, na niego się powołuję, był ksiądz Piotr Pawlukiewicz. Ja się na nim wychowałem jako student, bo on wtedy wszedł w internety. Słuchałem tych jego porównań.
One były sprawne. Ale zawsze też dodawał, może nie zawsze, ale często dodawał, że nie ma idealnych porównań, ale to jest dość sprawne. Ma ich sporo.
Przyglądać się z radością życiu. Jezus to zrobił świetnie. Tak jak mówisz.
Ryby, sieci, niewód. Kiedyś się to nazywało. Masz rację, to trzeba zmieniać.
Przypowieść o niewodzie.
[Strzelczyk]
Wiejadło jest mistrzowskie w ogóle. Kto wie, co to jest wiejadło, niech się przyzna w komentarzu.
[Kuźnik]
Jeszcze komputer to zawsze rozdziela, jakoby jadło coś wiedziało. Wiejadło.
[Strzelczyk]
Wydaje mi się, bo trochę z tego, co powiedziałeś, wynika, że to się robi, budując dwa piętra. Najpierw pewne uniwersum symboliczne, typu właśnie służba zdrowia albo przepisy ruchu drogowego. Potem w tym uniwersum się znajduje konkretną metaforę czy konkretną aplikację do konkretnej rzeczy.
Czyli tak naprawdę to jest na zasadzie dwóch pięter metaforyzowania. Metafora taka bardziej uogólniona.
[Kuźnik]
Ja myślę, że za to młodzież Pawlukiewicza kochała, że on ich nie bałamucił, jak to byśmy tutaj powiedzieli, ale mówił konkretnie. No zobacz. Jak Szustak mówił też to o sobie.
To był ten jego świetny dystans od samego siebie. Zobacz, jak idziemy do tej spowiedzi, to najlepiej, jakby był głuchy i nic nie dopytywał. I teraz Pawlukiewicz mówi tak: a kiedy jesteś u lekarza, to byłoby tak samo?
Gdyby nawet nie wyjął stetoskopu, nawet cię nie posłuchał, nie zadał jakichś pytań. I dodawał. On te porównania potem doprecyzowywał.
Wykluczał patologiczne interpretacje tych jego porównań. Oczyszczał je, tak jakby rzeźbę ciosał. I młodzież na takie, wydawałyby się czasem, trudne tematy reagowała nawet śmiechem.
Pozytywnie to przyjmowała, wiedząc, że to są poważne rzeczy przecież. On to potrafił robić. Myślę, że tutaj to apostolstwo uśmiechu, po prostu z uśmiechem o tym mówić też, nie ze śmieszkowatością, ale z taką radością głoszenia, to było u niego piękne.
I też mocne w takiej perswazji. Prawdziwego, szczerego uśmiechu nie zagłuszą kłamstwa. Chyba to Twain powiedział.
Szczerego uśmiechu nie zagłuszą kłamstwa. To też jest ważne na ambonie, jak my to dzisiaj wszystko powiemy. I mówię też na tych zajęciach: słuchajcie, zobaczcie, jak dzisiaj się... Nie chcę mówić, że homilia czy Ewangelia to jest jakiś produkt, broń Boże, ale przychodzicie do restauracji, poczytajcie sobie pod kątem językowym ten menu, który tam jest.
Czy na jakimś przyjęciu, weselu. To nie są kulki kokosowe, tylko to są kokosowe kule w pierzynie. Otoczone w pierzynie czegoś tam.
[Strzelczyk]
W pierzyńce. Skecz pewnego kabaretu przypomniał o zjadłopodawcy zamiast kelnera. Tylko że tu znowu można pociągnąć niestety w drugą stronę.
I to też czasami, mam wrażenie, ludzie komunikują, że kaznodzieje potrafią wpadać w sztuczność.
[Kuźnik]
Oczywiście. To musi być naturalne. To też musi być...
Ten mój język na ambonie, ja tam nie mogę, jeszcze raz wrzucę do tego fajnego terminu „idiolekt”, nie mogę z mojego języka charakterystycznego dla mnie zrezygnować. Muszę być tam po prostu naturalny. A idiolekt jest...
Każdy z nas go ma. On jest świetny, bo kiedy już o nim wiemy i zaczynamy pod tym kątem słuchać ludzi, pod kątem ich specyfiki mówienia, no to tam wychodzą rewelacyjne rzeczy. Na przykład ostatnio jestem u fryzjera, rozmawiamy z fryzjerką o jej działce i nagle ona takim jednym tchem, jednym zdaniem mówi: no tak, bo mąż tam lubi trochę na grządce, potem idzie do drewutni i potem idzie dalej.
I ona już tę drewutnię zostawiła, a ja przy tej drewutni zostałem, bo ja tego słowa nie słyszałem już dawno, dawno. A dla niej to było normalne, bo ma drewutnię, więc w jej idiolekcie drewutnia jest normalna. Ale gdybyśmy się zapytali studentów, co to jest drewutnia, wiedzieliby może, ale kiedy to ostatnio słyszeliście?
I to są te uroki i nawet warto o tym w homilii też mówić. Na przykład o pochodzeniu słów zachęcam, żeby mówić studentom. Jesteśmy tutaj akurat ładnie obaj brodaci.
Długo nie wiedziałem, że to ma nie bezpośredni związek, ale ma ze słowem Bóg i bogaty. Że kiedyś właśnie, bo ktoś określany przymiotnikiem „bogaty”, to był ten, kto miał Boga. Przymiotnik zrodzony z tej samej konstrukcji, jak ten, kto miał brodę, był brodaty.
Do dziś zresztą jest brodaty. Kto ma żonę, jest żonaty. Ten, kto miał Boga, był bogaty.
Później oczywiście to słowo poszło swoją drogą i tak dalej. Warto o tym powiedzieć i właściwie można by też tutaj dodać: jest Bóg, daje bogactwo duchowe, ale oczywiście tu trzeba uważać, bo to wcale nie znaczy, że ktoś, kto się jakoś oddalił, jest tego pozbawiony.
[Strzelczyk]
Tu zawsze jest chyba problem taki, ja to sobie czasami rozróżniam pomiędzy odnajdywaniem teologii wewnątrz rzeczywistości a dorabianiem teologii do rzeczywistości. Bo to, jeżeli nam się udaje wydobyć takie naturalne związki pomiędzy rzeczywistością codzienności a tymi złożonymi kwestiami teologicznymi, to jest pół biedy. Natomiast czasami to jest w drugą stronę, to znaczy próbujemy na siłę wcisnąć, że ten związek jest i nikt go nie widzi oprócz nas.
Natomiast to jest chyba trudno wyuczalne. Tu mam wrażenie, że to jest długa praca nad wrażliwością.
[Kuźnik]
Tak, i to jest też takie dbanie o czujność w tej sprawie. Ja sam to po sobie widzę, że kiedy jest za dużo rzeczy na głowie, dużo rzeczy do zrobienia, to mi się ta czujność wyłącza albo gaśnie właśnie na to życie, na te obserwacje. I muszę w sobie to upilnować, żeby znowu się w tym słowie na nowo zakochać, żeby się ucieszyć tym, że jest szmaragdolotka białooka na przykład.
Co to jest?
[Strzelczyk]
Przepraszam.
[Kuźnik]
Jakiś rodzaj papugi podobno, ale dla mnie już samo brzmienie jest cudowne. To prawda. Zaczęło się właściwie też, to pytanie „ulubione słowo”, w fotelu dentystycznym.
Jestem pacjentem, wszystko tam wypełnione tą watą. Tu sobie tak jak u fryzjerki nie pogadamy. I w pewnym momencie pani doktor, kończąc już leczenie, mówi do asystentki:
Kasiu, jeszcze tylko tą mandrylkę i kończymy. Ja tylko zrobiłem tak. Boli coś?
Potem, potem. Więc po leczeniu: co się stało, księże? Pani coś powiedziała?
Coś o jakiejś landrynce? Ten przyrząd? Ona taka zdziwiona.
Mandrylka? Dla niej ta mandrylka to było coś normalnego. Mówię: mamy takie słowo?
Mandrylka? No tak, to jest ten wałeczek tutaj. Sof-Lex się na to nakłada i to jest fajne.
[Strzelczyk]
To jest tak róbcuk, nie? Tak. I teraz w komentarzach: kto wie, co to jest róbcuk, niech się odezwie.
Jeżeli mamy nazwy dotyczące rzeczy, które wypełniają naszą codzienność, to one są codzienne. I tu dochodzimy chyba do jednego z większych wyzwań współczesnego kaznodziejstwa. Bo mam wrażenie, że nam jest ciut trudniej niż było apostołom w czasach Jezusa i samemu Jezusowi, bo jednak jak oni mówili o sianiu i o pasieniu, to mówili o rzeczach, które naprawdę były z powszechnego doświadczenia.
A my żyjemy w kulturze, która się spluralizowała na tyle, że my nawet wśród ludzi żyjących w tym samym miejscu i w tym samym czasie mamy różne nisze kulturowe. Jak tak sobie pomyślę o czasach mojej młodości, to wszyscy oglądaliśmy te same filmy, były dwa programy w telewizji, naprawdę. Chciałeś w kazaniu się odwołać do filmu?
Nie trzeba było się kombinować pod tytułem: dobra, ale teraz mam ludzi, którzy ci mają HBO, a ci mają Netflixa, więc ci z Netflixa nie widzieli tego, co jest na HBO. I nagle się okazuje, że jest chyba trudniej teraz znaleźć coś, co będzie uniwersalne. Bo jeszcze jest różnica pomiędzy pokoleniami, która nie jest różnicą pomiędzy tymi, którzy mają 80 i tymi, którzy mają 20, tylko tymi, którzy mają 25, a tymi, którzy mają 20.
I to jest przerażające dla mnie.
[Kuźnik]
Na pocieszenie powiem ci, że są takie miejsca, które jakoś to mogą ratować. To są właśnie słowa pokazane. Mówiłeś o wypieku chleba.
To słowo „chleb” jest. Ono jednak funkcjonuje. Chleb.
Fajnie jest pokazać związek chleba z pochlebstwem, że pochlebstwo w samym swoim środku ma ten chleb, bo on jest dobry. Pochlebstwo też jest dobre. I ja zawsze lubiłem słuchać językoznawców, którzy pokazywali te związki, etymony, czyli gniazda etymologiczne, z których wyfruwają słowa, tak jak z „być” wyfrunęło wiele słów, aż po właśnie „zbawić”, „być bardzo”.
To fajnie jest to pokazywać, bo ludzie tych słów używają, znają je. Wspaniały, dobry, bo w samym środku jest Pan. Przecież my cały czas mówimy Pan Jezus.
Czasem też mówię: pamiętajcie, że to nie jest pan Maciek. Też to na pewno mówisz, że to jest Pan, Kyrios.
[Strzelczyk]
Na chrystologii to jest jedna z rzeczy, które trzeba bardzo szybko, trzeba to wyprowadzić, bo rzeczywiście tendencja jest taka, że z osłuchania się to traktuje jak po prostu pan Wiesiek.
[Kuźnik]
I to jest nasze zadanie, że wytrącamy z tej takiej, z tej rutyny, czy jak to nazwać, z braku namysłu. Też to miałem, też przechodziłem ponad słowami, ale dzięki temu przyglądaniu się, też nasłuchiwaniu języka, efekty są teraz takie, że idę sobie tu parkiem Muchowiec i widzę baner „hipoterapia”. No tak, hipoterapia, hipodrom, konie. No ale to jest niemożliwe, żeby to nie miało związku z hipopotamem.
I co? Ma. Słowniki, warto właśnie mieć jakieś tam słowniki różne. Koń rzeczny kiedyś się nazywał hipopotam. Przez Greków gdzieś tam.
No i czy to życie utrudnia, komplikuje? Nie, to sprawia, że życie jest ciekawsze, ma więcej uroku. Fajnie, dobrze jest słuchać siebie nawzajem przede wszystkim. Mówimy tutaj o słowach, ale one budują przecież konstrukcje zdaniowe, one nam pomagają wyrażać siebie.
One rodzą potem łzy, one rodzą radość, one rodzą nawrócenie. To jest właśnie taka droga od takiej mówczej pracy ze studentami do potem takich efektów, że są po prostu wrażliwi na język. Na to, jak ktoś mówi, dlaczego ktoś szybko mówi, dlaczego ktoś mówi nerwowo.
Co takiego czyta, że ma taki piękny język. Pamiętam, kiedyś mieliśmy takie zajęcia z konserwacji zabytków. Z radością tu przywołam, pan Jacek Owczarek był wtedy wojewódzkim konserwatorem zabytków.
Siedzimy, tak spojrzałem na kolegów i żeśmy... Widzę, że wszyscy go tak słuchamy jak we „Władcy Pierścieni” hobbici. Jest taka scena, kiedy Gandalfa na początku słuchają. Myśmy też go tak słuchali.
I on niesamowity dar ma, niesamowity dar opowiadania. I takie zdanie: tutaj na slajdzie widzimy remontowany zamek w Będzinie.
Widzimy remontowany zamek w Będzinie. Jest dobrze widoczny, ponieważ zdjęcie zostało wykonane w okresie polistowia. I on sobie idzie dalej, tak jak fryzjerka z drewutnią.
A ja zostałem z tym polistowiem. Coś niesamowitego. To cię mobilizuje od razu do rozwijania języka.
[Strzelczyk]
To są perełki. Kupuję to, bo to też słowo, którego chyba nie słyszałem nigdy w ogóle. Wiesz co, w normalnym mówieniu...
[Kuźnik]
Ja teraz nie wejdę na ambonę i nie będę udawał, że mówię o polistowiu, jakby to było moje. Bo ja nie wyobrażam sobie, że ja tego nie powiem, że ja to od niego usłyszałem. Tak się możemy ubogacać tymi naszymi idiolektami.
To jest ciekawe zagadnienie, które służy ewangelizowaniu przede wszystkim.
[Strzelczyk]
Teraz od słów do interpretacji. Bo można dobrze zestawić słowa i napisać dobry tekst. I nawet dobrze go napisać pod mówienie, a potem źle go powiedzieć.
Znaczy ten element interpretacyjny wydaje się tu być dość istotny. Ja się boję trochę jednej rzeczy, że w podstawowej edukacji zagubiliśmy uczenie się na pamięć, w związku z tym deklamowanie.
[Kuźnik]
Oj tak.
[Strzelczyk]
I czy widzisz trudność tu, jeżeli chodzi o studentów? Ja wychodzę z doświadczenia: po pierwsze klasa, wiersze, deklamowanie przed klasą. Wychodzenie na środek.
Ale też potem jakieś teatrzyki. Mnóstwo tego było. Ja akurat miałem do tego stosunek obojętny.
Było sporo dzieciaków, którzy to bardziej lub mniej lubili. Dla mnie to była część szkoły. Okej, robi się i tak dalej.
Ale wiesz, tego było mnóstwo, jak dzisiaj sobie myślę. A w miarę wycofywania się z uczenia na pamięć i tak dalej, to to zaczęło zanikać, mam wrażenie, w procesie edukacji. A to kiedyś był w ogóle absolutny fundament.
To znaczy retoryka była bazowa, jeżeli chodzi o wykształcenie ludzi.
[Kuźnik]
Na zajęciach z emisji głosu studenci mają trzy okazje do wejścia na środek. Specjalnie na to kładę akcent, żeby oni zobaczyli większą ilość ludzi przed sobą, do których mówią. Żeby ta sytuacja zaistniała i kiedy widzę, że rodzi to pewne kłopoty w nich, jakiś stres, to po cichutku celowo to przedłużam.
Dopytuję o coś, ale ta osoba jest cały czas na środku. Mówię: widzicie, teraz jest chwila ciszy. Nigdy się jej nie bójmy.
A ta osoba cały czas stoi na środku, żeby sobie obejrzeć te twarze. Większą ilość twarzy. I to, o czym mówisz, to było bardzo mądre w szkołach, bo to było świetne budowanie cegiełka po cegiełce takiej publicznej odwagi.
Myślę, że to owocuje dzisiaj u mnie, u ciebie. Chociaż ja bym nie powiedział, że ja się nie stresuję, ale to z tego powodu, żeby to dobrze wyszło. To mi spala energię w czasie przemawiania.
Ale cieszę się, że oni mają tę okazję wyjść na środek i się z tym zmierzyć. To jest czytanie publiczne tekstu, raz. Dwa to jest przedstawienie się.
Właściwie to jest pierwsze. Opowiedzenie o sobie na środku. I trzecie.
Krótki speech na dowolny temat. Przez siebie wybrany. Bez rekwizytu, bez obrazu, bez prezentacji.
Twarz. Głos. Człowiek.
I potem sobie to omawiamy. Delikatnie oczywiście, bo są osoby, które są bardzo nieśmiałe. Trzeba je zachęcić, ale potem to przynosi owoce.
Widziałem na przerwach, że przychodzą. Miałem takie szczęście mieć te zajęcia ze studentami, przyszłymi nauczycielami geografii, w tym module ogólnouniwersyteckim, historykami, matematykami. W ogóle tak mnie rozszerzyło też horyzonty w tym pytaniu o ulubione słowa z przyszłymi filologami.
No więc tam już w ogóle siedziałem jak na szpilkach. Ale bardzo fajnie mnie przyjęli i fajna przygoda to była. Ale to a propos tych wystąpień publicznych: jak najwięcej.
Jeśli tylko was poproszą, to idźcie w to. No ale kiedy nas poproszą? To będzie za chwilę.
I to jest trochę jak z przypowieścią. Będziesz uczyła w szkole matematyki i akurat będziesz zatrudniony na rok i trafisz na stulecie szkoły. Pani dyrektor cię poprosi, bo nikt się nie chce zgodzić.
Wszyscy się trymują: czy mogłabyś przywitać gości i poprowadzić akademię? I to już jest to. Zupełnie niezwiązane z matematyką nawet.
No i tam potem mówimy o tym, jak przywitać ludzi też z nazwiskami. To chciałbym też, żeby tu wybrzmiało, że na naszym wydziale pracujemy nad odmianą nazwisk, sygnalizujemy to, żeby to robić, bo to też jest... To jest klasyk parafialny.
[Strzelczyk]
Słuchaj, walki, ja to przerabiałem jako proboszcz, walki pod tytułem: kasta odmieniająca, kasta nieodmieniająca. To znaczy wśród parafian są dwa obozy. Jeden akceptuje odmianę, drugi nie akceptuje odmiany i trzeba manewrować pomiędzy.
I to, że jakaś Rada Języka Polskiego ustaliła, że jednak odmieniamy, to nie jest argument dla części parafian. Ale to rzeczywiście jest jeden z takich bardziej humorystycznych momentów. Natomiast wracając do tego, wiesz, uczenia, deklamowania wystąpień publicznych, jedna z rzeczy, która wydaje mi się trudniejsza w kaznodziejstwie, to jest to, że tę samą rzecz trzeba w ciągu dnia powiedzieć kilka razy.
Do różnych grup odbiorców, ale w zasadzie powtarzamy homilię tę samą, zwłaszcza jak jest dyżur kaznodziejski w niektórych parafiach jeszcze, a to w sytuacjach skrajnych może być osiem razy na przykład. No i jedna z trudności, które są takimi trudnościami dość istotnymi dla kaznodziejów, to jest to, żeby to ósme po pierwsze nie wydłużyło się albo nie skróciło radykalnie, ale też żeby było, wiesz, żywe, to znaczy żeby to było dobrze zagrane. I tu dochodzimy do takiego momentu delikatnego, bo z jednej strony, jak ja wychodzę na ambonę, to wiem, że ludzie mają oczekiwanie, że ja będę autentyczny w sensie takim, że ja mówię do nich, ale mówię z mojego doświadczenia i z mojego przeżycia.
Że ja jestem w tym, co mówię, nie tylko odczytuję jakiś tekst. No ale jak mówię to ósmy raz tego samego dnia, no to naturalne jest, że mnie to już nie fascynuje tak jak za pierwszym razem. I tu wchodzi jakiś element aktorstwa na dobrą sprawę.
Aktorstwa w tym sensie, że ja odtwarzam ten tekst, ale odtwarzam też część emocji z tym związanych i tak dalej, na zasadzie po prostu aktora. Czy to jest też element, który się pojawia jakoś w pracy z klerykami?
[Kuźnik]
To na zasadzie tego, jak dzielę się też swoim doświadczeniem, tak jak ty teraz mówisz. Dobrze, że to powiedziałeś, że to wybrzmiewa tutaj, też co czasem ludziom mówię w czasie rekolekcji parafialnych. Na przykład wieczorem, pamiętam, w tym roku powiedziałem, była długa Ewangelia o... przy studni z Samarytanką Jezus. I mówię: wiecie, jest już wieczór, siódma msza, ja to przeczytałem przed chwilą ósmy raz, tę długą Ewangelię.
Jest to duży wysiłek, ale Pan Bóg daje taką łaskę, że jeśli się otworzysz na to, te wszystkie swoje siły spalasz dla Niego, to da ci taką nagrodę, że nagle jest tam to zdanie, które czytałeś osiem razy i teraz ono w tobie zaczyna pracować. I tak samo z homilią. Warto być autentycznym do końca, niech podpłynie.
Oczywiście kaznodzieje mają różne też swoje warsztaty, jedni wolą mieć tekst napisany i go odczytać, co nie znaczy, że to jest coś gorszego. Jedni mają punkty, no to wtedy oni są bardziej otwarci. Ten tekst jest bardziej otwarty na zmiany, na pewną improwizację, na dodawanie nowych elementów.
To mi się też czasem zdarza, że mam przygotowany tekst, punkty, a kościół, do którego przyjechałem, ma po prostu witraż, który ilustruje, nie mogę się do niego nie odwołać na przykład. Więc to jest żywe, to pracuje, ale ma to duży związek z życiem duchowym naszym. Czy my to traktujemy tylko jako takie rzemiosło, bo trzeba, bo jest dyżur, czy naprawdę ja tam dopuszczam taką ewentualność, że na tej ostatniej mszy, kiedy już będę ledwo mówił, któreś z tych zdań może zmienić życie człowieka w szóstej ławce.
Może być odpowiedzią na pytanie, które trawi jego zakład pracy teraz albo biurko w biurku, coś ich tam zżera. I ty powiesz zdanie, nawet nie wiedząc, że to będzie odpowiedź. O taką otwartość mi chodzi.
O myślenie w czasie głoszenia, że coś takiego tu działa, że Pan ma tu swoje drogi, że On tu jest, posługuje się nami, ale On tu jest, nawet jeśli to jest już któraś jednostka kaznodziejska w ciągu dnia.
[Strzelczyk]
Okej, i tu dotknąłeś tego, do czego chciałem dotrzeć na końcu, to znaczy na ile przygotowanie do homilii powinno być przemyślane, na ile przeklęczane itd. Bo często mamy takie, że to musi być na kolanach itd.
[Kuźnik]
Dominikańska zasada, piękna zresztą: głosić to, co przemedytowane. Na tyle, na ile się da. Są takie modele, które mówią, że cały tydzień należy przygotowywać, ale to są zupełnie inne realia.
Zawsze trzeba sprawdzić, w jakich realiach żyje dany kapłan, jeżeli ma ileś godzin katechezy i innych rzeczy. To już są takie szczegółowe pytania. Ale tak, nie wyobrażam sobie, jeżeli nie ma Chrystusa w tej mojej misji, to to się staje po prostu wykonaniem zadania.
Jest to o tyle niebezpieczne, że to może zacząć gasić żar i ludzie to zobaczą. Rozmawiałem kiedyś ze skrzypkiem w NOSPR-ze, wtedy jeszcze w WOSPR-ze. Jeździli po całym świecie, później zostali na Zachodzie, teraz jest na emeryturze.
I tak rozmawialiśmy. I w pewnym momencie pytam się go: czy jest to prawdą? Tak słyszałem, że czasem, kiedy dostajecie nowego dyrygenta, to dana orkiestra sprawdza jego słuch i ktoś tam coś zafałszuje.
A on mówi: no to jest trochę naciągane, raczej się tak nie robi, jesteśmy kulturalnymi ludźmi. I teraz on dodaje: ale wie ksiądz, z twarzy dyrygenta my czytamy ogromne rzeczy. Bo zapytałem, czy w ogóle on tam musi być, przecież macie tempo, nuty.
Mówi: musi być. My z jego twarzy wyczytujemy, czy jest zdenerwowany, czy ma jakiś problem. To wszystko rezonuje.
I niech ksiądz wie, że tak też jest wtedy, kiedy ksiądz odprawia mszę. Że tu w gestach, w ich tempie, w nerwowości, to jest wszystko rejestrowane i to oddziałuje. Dlatego tak ważny jest ten w ogóle spokój przed wyjściem do głoszenia.
Czasem tak też lubię wbić kija w mrowisko, bo to nasze wyjście ze służbą liturgiczną do ołtarza, to jest: „Wspomożenie nasze w imieniu Pana”. To tak szybko leci i to jest taki sygnał wystrzału do drogi. To ja czasem robię ten kij.
Mrowisko polega na tym, że mówię tak, z Psalmu 124: „Wspomożenie nasze w imieniu Pana”. Teraz taka grupa ministrantów się tak na mnie odwróciła. Idziemy.
No bo to często, wiesz...
[Strzelczyk]
Często jest tak, że to w ogóle jest w ciągu: „Skończcie się wiercić. Wspomożenie nasze w imieniu Pana”. A tu jeszcze jakby ksiądz przeczytał ogłoszenie strażaków. To duchowe przygotowanie, ono się przekłada potem na jakość głoszenia rzeczywiście mocno.
Wiesz, ja z czasem coraz bardziej też widzę, że to jest kluczowe, jeżeli chodzi o takie Ewangelie, które są częste i które są powracające mocno, i oczytane, i uleżane. Teraz był ciąg przez wakacje znowu tych przypowieści, które Pan Jezus złośliwie wyjaśnia. I my jeszcze mamy to wyjaśniać.
Mamy wyjaśniać wyjaśnienie do wyjaśnienia. I to zawsze jest kryzys. Mój szwajcarski proboszcz strasznie narzeka zawsze.
Ja przeczytam wersję dłuższą, zrobimy moment milczenia. No bo jak ja mam teraz głosić homilię do tego, co Pan Jezus już wyjaśnił? Ale mam wrażenie, że właśnie ten moment przeżucia takiego egzystencjalnego tekstu na modlitwie przed Panem Jezusem, on jest kluczowy do tego, żeby właśnie w takich momentach, kiedy ten tekst wydaje się już być wyeksploatowany, bo wiesz, on ma taki przebieg już, ten tekst, że wydaje się, że tam już nic nie dołożysz.
Wszystkie możliwe komentarze już zostały napisane. No a tu dochodzi ten moment przeżycia w kontekście. Że my znowu czytamy ten tekst wewnątrz jakiegoś kontekstu.
[Kuźnik]
Tyle lat ta Ewangelia o synu marnotrawnym na przykład. I jakoś rok temu, dopiero dwa lata temu, coś świetnego zrobił w tej narracji Jezusa, bo to przecież wymyślone jest, to nie jest autentyczne. Coś świetnego zrobił.
Nie zmienił ani jednego słowa między postanowieniem powrotu a tego, co powiedział Ojcu. I to sobie przełożyłem na jakiś strach na przykład przed sakramentem pokuty i pojednania, że robimy sobie rachunek sumienia, a potem, oczywiście łagodnie to ludziom jakoś wytłumaczę, to jest, powiedź, delikatna materia, ale mówię: słuchajcie, zobaczcie, syn marnotrawny, on nic nie zmienił. To jest dobre.
Dokładnie słowo w słowo powtórzył to, co postanowił.
[Strzelczyk]
Teraz naprowadziłeś mnie tym wątkiem dyrygenta jeszcze na jedną nić. A mianowicie rzeczywiście my mówimy całym ciałem. To znaczy jest ten moment gestu i gestykulacji, mimiki i tak dalej, i tak dalej.
I znowu tu, wiesz, żywsze przeżycie generuje więcej tego, mniej żywe – mniej. I są różne wrażliwości i ludzi, i głoszących. Ja się nauczyłem mocno gestykulować we Włoszech.
Bo tam się nie da. Ale wiesz, nagle się okazało, jak wróciłem do Polski, że mnie się to przeniosło na polski. Mimo to, wiesz, że nauczyłem się tego w innym języku, a ja teraz nie jestem w stanie, wiesz, mówić bez gestykulowania.
Jak czasami w jakiejś parafii jestem i głoszę, no to zdarza mi się, ludzie mówią: ale się ksiądz miota na tej ambonie. A to potem nieraz, wiesz, jest tak, że mikrofon nie pozwala na to, żeby się miotać. No jest kłopot, bo ktoś tam nie słyszał i, wiesz, są zwykle marudzenia od tej strony, nie?
Ale to znaczy, że to jest autentyczne właśnie. No okej, tylko, wiesz, czy to jest coś, czego uczymy się, czy improwizujemy zawsze?
[Kuźnik]
W pracy ze studentem zawsze trzeba wziąć go takiego, jakim on jest. On już ma pewne, tak jak każdy, pewne maniery językowe, pewien rodzaj intonacji. Dwa razy udało mi się wysłyszeć, kogo za proboszcza ma student, bo wyrósł przy ołtarzu, przy tej intonacji kaznodziejskiej i próbowaliśmy to trochę zminimalizować, bo u niego to było mocne, ale mówię, że macie być naturalni.
Jeżeli lubisz gestykulować, to to masz być ty. Tu oprócz gestów, tej całej właśnie, bo to wynika u ciebie z tego, że mówisz z zaangażowaniem, że chcesz, że to jest żywe, ale do tego też, warto o tym wspomnieć, dochodzi w ogóle jeszcze intonacja i modulacja, nie? Państwu pokażę taki przykład, co można zrobić modulacją.
Użyję trzech czy kilku słów, tych samych i nagle zobaczycie, że one w miarę innej modulacji znaczą zupełnie coś innego. Wyobraźmy sobie, że córka robiła wystawę obrazów w domu kultury i się tak martwiła, czy tam ktoś przyjdzie. I teraz ona wraca z tej wystawy i rodzice się pytają: i co, i jak?
Ona to może powiedzieć tak: „Było trochę ludzi”. Albo: „Było trochę ludzi”.
Albo: „Było trochę ludzi”. I tylko modulacją, nie? I rozszerzam tę liczbę, jak chcę, więc to przyglądanie się tej spiżarni retorycznej, tym możliwościom, które w sobie mamy, to jest coś bardzo przyjemnego.
Dzielenie się tym też i potem oglądanie tego, jak student to wykorzystuje. Mówię: cytujcie, dawajcie cytaty z beletrystyki do homilii. Oczywiście nie przeładować tego, ale im więcej, tym lepiej.
Natomiast przede wszystkim Pan Bóg, my i zapał taki, by ta gorliwość nas nie gasła.
[Strzelczyk]
Rada dla kaznodziejów na koniec. Możesz zrobić trzy punkty, żeby nie było jedna. Gdybyś miał takie najbardziej uniwersalne rzeczy, które jakbyś miał, nie wiem, motto do swojego uczenia studentów, przyszłych kaznodziejów czy katechetów ułożyć?
[Kuźnik]
To pierwsze to wyciszenie się przed głoszeniem. I dlatego też do tego dorosłem, że jeśli mam rekolekcje, gdzieś prowadzę dyżur, to lubię już wychodzić, mimo że nie odprawiam mszy, z asystą na początku, już się wyciszać na czytaniach, być tam. Nie biegać gdzieś w czymś innym, nie być, tylko wyciszyć się.
Przed mszą się wyciszyć, jeśli to jest możliwe, bo ksiądz też spowiada itd. Ale ta cisza, ten spokój, z tym się też wiąże. Tu bym dał też radość łaski uświęcającej, bycie w jedności z Bogiem, bycie wyspowiadanym, to daje pokój, to daje radość.
Drugi punkt to jest to przenikanie braci i sióstr, którzy tego słuchają. To, że tam jest życie, do którego ja mówię i to się rzadko zdarza, że jest feedback, ale czasem ktoś przychodzi i dziękuje nam za jakieś zdanie, którego nie przewidywaliśmy. Ono padło, ale...
I że tam Pan Bóg ma swoje niezwykłe drogi, że to aż tak działa, nie tylko przy głoszeniu kazań, ale też przy czytaniu czytań. Ja to mówię na warsztatach z czytania, że to, jak ty to przeczytasz, to może naprawdę zmienić komuś życie. To zmienia życie.
Nie może, tylko zmienia. To się dzieje. I trzeci punkt: starać się o ten warsztat i artykulacyjny, i merytoryczny, poprawność językową, autentyczność, też trochę humoru.
Risus paschalis przecież mamy. Tak bym, zupełnie teraz spontanicznie, nie przewidując tego pytania, tak mi to wyszło. Cisza, spokój, drugi człowiek.
Przed tym drugim człowiekiem trzeba by też powiedzieć, że do siebie. Ja tak raz czy dwa razy mi się zdarzyło, że powiedziałem zdanie i mówię: matko, to jest do mnie. Przecież to jest do mnie.
No i trzecie, ten warsztat.
[Strzelczyk]
To mówienie do siebie to jest w ogóle największe niebezpieczeństwo, dlatego że rzeczywiście, jeżeli człowiek nie mówi na autopilocie, tylko jest wewnątrz tego, co mówi, to tam się mogą zdarzyć niebezpieczne rzeczy, to znaczy właśnie uświadomienie sobie czegoś w trakcie mówienia i to jest potem dramat, dlatego że trzeba gadać dalej. A człowiek nagle musi coś rozkminić swojego, bo mu się klapka otwarła przy okazji. I to jest złośliwość Ducha Świętego, moim zdaniem, największa wobec kaznodziejów.
To znaczy, wiesz, takie odpalenie pod tytułem: ale to ja się muszę w jakimś zakresie nawrócić w ogóle. Niesamowite to jest. Moim zdaniem to się powinno zapalać w czasie przygotowania do homilii.
No bo wiesz, to jak Duch Święty, to dlatego mówię o złośliwości Ducha Świętego. Ale ja wiem, czemu to się zapala w trakcie. Dlatego że jeżeli my wierzymy rzeczywiście, że tam się dokonuje jakiś rodzaj komunikacji, jednak oprócz naszego słowa, tego, co mówimy, słowa Bożego też, no to ten moment intensywnego pompowania Ducha Świętego dokonuje się nie wtedy, kiedy ja się przygotowuję.
[Kuźnik]
Kiedy jestem przy stole, kiedy się karmię.
[Strzelczyk]
Ale to jest broń obosieczna. To może równie dobrze walnąć wezwaniem do nawrócenia do mnie. I to są, myślę, najtrudniejsze momenty moje też kaznodziejskie, bo potem jest trudno kontynuować.
Drodzy Państwo, ale chwilka, bo ja muszę trzy minuty rozkminić teraz moją rzecz, bo sobie uświadomiłem. I to jest delikatne. Niezwykła przygoda.
Natomiast warsztatowo, wiesz, to, co mówisz, to rozwijanie się i ten feedback od ludzi, no wiesz, tendencja jest taka, że raczej ludzie przychodzą nas chwalić, nie? Albo przychodzą już bardzo naburmuszeni i tak dalej, więc nieraz to jest trudne przyjmowanie. Ale myślę, że warto się też uczyć i to chyba do nas wszystkich głoszących jest uwaga, takiego bardzo spokojnego przyjmowania tego.
Ja mam takie doświadczenie z początków swoich, bo jak zostałem wyświęcony na diakona, to w parafii, w której byłem w Szwajcarii, mieszkał człowiek, który w kantonie Ticino, czyli w tym włoskim kantonie, odpowiadał za nauczanie języka włoskiego. Czyli był szefem, powiedzmy, takiego kuratorium kantonalnego. Przez lata.
Był na emeryturze. No i przychodził do kościoła i siadał zawsze w pierwszej ławce naprzeciwko ambony. No i teraz ja wychodzę, wiesz, mając jakąś tam znajomość tego języka po dwóch latach uczenia się i mam przed sobą człowieka, który w kantonie odpowiadał za jakość języka.
I on po każdym kazaniu przychodził do zakrystii i wyliczał, wiesz, błędy. Superfajne to było, ale jakby poziom stresu, zwłaszcza na początku, potem się już przyzwyczaiłem, on robił to z niezwykłą klasą, życzliwością itd., potrafił też pochwalić. Ja miałem po każdym kazaniu zbriefowanie pod tytułem: tu był źle akcent położony, tu można było inaczej, wiesz, tam coś.
I to było superrozwijające. Ze strony warsztatowej, ale wiadomo, że stres pod tytułem „ktoś mnie ocenia”, on jest częścią tej roboty. I kropka, to znaczy ludzie mają prawo oceniać jakość naszego głoszenia, bo oni są beneficjentami lub ofiarami tego, co robimy, jakby nie było.
Czy jest coś, co chciałbyś dodać jeszcze, jakiś wątek, który jest dla ciebie ważny?
[Kuźnik]
Myślę, że prośba o modlitwę za tych, którzy przemawiają, za kaznodziejów, ale też za katechetów, za w ogóle przemawiających. To słowo „ambona”, ono jest od anabainein, czyli wchodzić po schodkach, wspinać się, dlatego też myśliwska ambona też jest amboną. Może my niekoniecznie, nie strzelajmy z naszych ambon, chyba że jakimś dobrym słowem, dobrymi dawkami miłości, to, to.
Prośba o modlitwę. Jakieś też domyślanie się, że ksiądz może mieć różne dni, żeby oddać go Panu Bogu, kiedy widzimy, że już się na ambonę zbliża. I by dać nam pokarm przy tym pierwszym stole, a potem przy tym drugim, przy ołtarzu.
[Strzelczyk]
Dzięki bardzo. Państwu dziękujemy za uwagę, prosimy tam o lajkowanie i tak dalej, to, co zawsze. Mam nadzieję, że się dasz zaprosić. Znowu to było takie oswajające spotkanie.
[Kuźnik]
Bardzo dziękuję za zaproszenie. Może wymyślimy jakiś bardziej techniczny potem temat, specyficzny. Dzięki ci bardzo.
[Strzelczyk]
Do usłyszenia, do zobaczenia Państwu.